Robert Murray McCheyne – 2

Robert Murray McCheyne otrzymał licencję kaznodziei w lipcu 1835. Z jego usług brały błogosławieństwo różne zgromadzenia aż do następnego listopada, kiedy to wraz z pomocnikiem został przydzielony do parafii z około 6.ooo dusz, zgromadzającymi się w dwóch kościołach, gdzie usługiwał na przemian w niedziele.

Jak mówi jego biograf: „Rozpoczęcie jakiejkolwiek pracy niezmiennie składało się z przygotowania jego własnej duszy. Wstępem do codziennych wizyt był czas prywatnej społeczności z Bogiem w godzinach porannych. Ściany jego komory były świadkami jego rozmodlenia – myślę, że również jego łez i płaczu. W godzinach porannych z jego pokoju wydobywał się przyjemny dźwięk psalmów.

Jeden z jego służących, którego zatrudniał, wyrażał swój sentyment odnośnie społeczności tego dobrego człowieka z jego niebiańskim Ojcem tak: „Och, gdybyście słyszeli modlitwy pana McCheyene rano’! Wyglądało to tak, jakby nigdy nie miał skończyć, miał tyle do powiedzenia. Wydawało by się wam, że nawet ściany będą to powtarzać”.

Ten młody człowiek, pragnący lepiej poznać Boga, spędzał wiele czasu na karmieniu swojej duszy Słowem Bożym. Mówiąc o ważności tego w swojej pracy kaznodziejskiej, powiedział do przyjaciela:

„Kiepskim studentem tego świata byłby ten, kto patrzyłby tylko na dobrze uprawione i zadbane ogrody tej ziemi. Nie miałby prawdziwego pojęcia o tym, jaki jest ten świat, jeżeli by nie stanął na skałach naszych gór i nie zobaczył smutnych wrzosowisk i mchów na naszej ogołoconej ziemi.

Tak samo kiepskim studentem Biblii byłby ten, kto nie poznał wszystkiego, co Bóg natchnął, kto by nie zagłębił się w najbardziej zaniedbane rozdziały i nie wydobył dobra, które tam jest zawarte; kto nie starałby się zrozumieć wszystkich krwawych walk, które tam są zapisane, aby otrzymać ‘chleb od pożeracza i miód od lwa’”.

Do przyjaciela powiedział: „Kiedy do mnie piszesz, mów o tym, jakie znaczenie ma dla ciebie Słowo Boże”. Do innego powiedział: „Jeden klejnot z tego oceanu jest wart wszystkich kamieni ze wszystkich ziemskich rzek”.

Prawdopodobnie żaden kaznodzieja nie był nigdy bardziej pochłonięty pragnieniem zdobywania dusz ludzkich, niż McCheyne. Pewnej niedzielnej nocy, w drodze do domu z kościoła, po męczącym dniu, ktoś powiedział mu o dwóch rodzinach cygańskich, obozujących w pobliżu. Nie myśląc o własnych wygodach, znalazł ich i przy ich ognisku przeczytał im przypowieść o zgubionej owcy, wyjaśniając to w prosty sposób. Po modlitwie powiedział do nich dobranoc i odjechał, żegnany z wdzięcznością za zainteresowanie się nimi.

Po niespełna roku pracy w dwóch kościołach Lambert i Dunipace, starsi kościoła św. Piotra w Dundee poprosili go, by został ich pastorem. Kiedy przyjął to nowe zadanie, to wraz z kilkoma przyjaciółmi kaznodziejami spotykali się każdej soboty w poście i modlitwie, aby Boże błogosławieństwo spoczęło na ich niedzielnych poczynaniach. Nigdy nie zdarzyło się, by McCheyne był nieobecny i kiedy ktoś go zapytał, czy rozliczne obowiązki czasami nie kłócą się z tym zwyczajem, odpowiadał, że on tak nie uważa. Wtedy zadawał pytanie: „A co by moi biedni ludzie robili, gdybym ja się nie modlił”?

Od czasu jego ordynacji w listopadzie 1837 ci, którzy blisko znali tego młodego kaznodzieję, zauważyli znaczący wzrost w łasce. Ustanowił w kościele św. Piotra cotygodniowe modlitwy, rozpoczynając je wersetem z Pisma Świętego. Po modlitwie dwadzieścia minut studiowania Biblii przykuło uwagę zgromadzonych, po czym czytał opisy różnych przebudzeń, dodając swoje komentarze.

Jeden wieczór każdego tygodnia był poświęcony młodzieży w kościele i poprzez jego zachętę zorganizowano szkoły niedzielne w jego parafii. Ponieważ zdawał sobie sprawę z ważności wpływów, jakie nauczyciele wywierają na młodzież, stawiał im bardzo wysokie wymagania.

„Powinna potrafić utrzymać w uczniach zdolność do płynnego czytania i znajomość Biblii i katechizmu, które może już posiadają. Powinna umieć uczyć ich śpiewać na chwałę Bogu z uczuciem i melodią. Jednak dalece ważniejsze ponad to jest, by była to chrześcijanka, nie tylko z nazwy, ale w czynie i w prawdzie – taka, której duch został dotknięty przez Ducha Bożego i która potrafi kochać dusze małych dzieci. Każdą nauczycielkę, która nie posiada tej ostatniej cechy, uważałbym raczej za przekleństwo, a nie błogosławieństwo – źródło zimna i śmierci, zamiast źródła, z którego emanuje światłość i ciepło nieba.

Ten strażnik dusz pisał traktaty i pieśni dla dzieci, uważając, że ich dusze są cenniejsze, niż wszystko inne. Przy pewnej okazji wykrzyknął: „One potrzebują serca”! Przesyłając podarunek małemu chłopcu z jego kościoła, napisał następujący wiersz:

    Pokój z tobą, miły chłopcze!
    Wiele lat zdrowia i radości!
    Kochaj Biblię bardziej, niż zabawy,
    Wzrastaj w łasce każdego dnia
    Jak skowronek unoszący się na wietrze
    Wstawaj rano i śpiewaj.
    Jak gołąbek, który nie znalazł miejsca odpoczynku
    Aż spoczął na piersi Noego,
    Nie odpoczywaj w tym świecie grzechu,
    Aż Zbawiciel przyjmie cię do Siebie.

Kiedy wchodził na kazalnicę, okrywał go duch świętości i grozy. Jeden ze słuchaczy wyznał: „Zanim on otworzył swoje usta, kiedy wchodził na kazalnicę, było w nim coś, co mnie dotykało aż do bólu”.

Każde kazanie miało Chrystusa w centrum. Używając Obj. 1:15, jako tekstu do kazania, napisał: „To dziwne, jak słodkie i cenne jest bezpośrednie kazanie o Chrystusie, w porównaniu ze wszystkimi innymi tematami kazań”.

Na początku swojej służby wszystkie kazania miał na piśmie, chociaż wygłaszał je z pamięci. Pewnego ranka, jadąc do kościoła, nieświadomie wypuścił tekst kazania z ręki i nie zauważył tego, aż było już za późno. Będąc zmuszony do przekazania poselstwa bez notatek, ze zdumieniem doznał wolności. Po tym, chociaż przygotowywał kazania starannie, przekazywał je bardziej spontanicznie.


dalej