John Woolman

„Abolicja niewolnictwa zawdzięcza niewątpliwie wiele życiu i pracy biednego, niewykształconego robotnika z New Jersey, o którego istnieniu nie wiedziano poza wąskim gronem jego religijnego towarzystwa”, zauważył znany poeta kwakrów, John Greenleaf Whittier. Napisał on dalej tak: „Tym którzy sądzą według wyglądu zewnętrznego, nie ma rzeczy trudniejszych do wyjaśnienia, niż siła oddziaływania moralnego, przekazywana przez ludzi mało widocznych i spokojnych. Przed naszymi oczami dokonują się pewne wielkie reformy, które podnoszą świat na wyższy poziom, pewne potężne zmiany, na które czekano przez wieki. Szukając ich początków, często ze zdumieniem odkrywamy początkowe ogniwa tego łańcucha wydarzeń w jakimś mało widocznym człowieku, którego boskie powołanie i znaczenie było rzadko rozumiane przez współczesnych, a nawet przez niego samego. Jeden niewielki przerodził się w tysiące, a garstka pszenicy wygląda jak Liban. Królestwo Boże przychodzi niepostrzeżenie; a jedynym wyjaśnieniem tej tajemnicy jest refleksja, że przez takie pokorne narzędzie objawiała się moc Boża i że ten jeden człowiek był na skrzydłach Wszechmocnego”.

Przedmiotem takich rozważań poety był John Woolman, urodzony w roku 1720, trzydzieści osiem lat przed przybyciem w to miejsce świątobliwego Williama Penn, który rozpoczął swój „święty eksperyment” na terenach przyległych do New Jersey. Tu, na kawałku ziemi danym mu przez Karola II, ten mąż stanu kwakrów rządził swoją kolonią Pennsylvanii za pomocą prawa miłości do Boga i ludzi. Cały ten teren stał się niebem dla kwakrów i innych prześladowanych ludzi, szukających świątyni. To wywarło wpływ na życie i myśli wielu pierwszych osadników na tych terenach.

John Woolman pamiętał przez całe życie i cenił rodzicielskie pouczenia oraz szczęśliwe niedzielne popołudnia, spędzone w swoim skromnym domu na farmie w New Jersey. Jego bogobojni rodzice z kościoła kwakrów ściśle przestrzegali Dnia Pańskiego i czuwali nad duchowymi i intelektualnymi zainteresowaniami swoich dzieci. Każdy członek tej dużej rodziny w kolejności czytał głośno Biblię lub jakieś inne, dobre książki religijne, a reszta siedziała i słuchała. Pisząc o tym w swoim pamiętniku Woolman opisuje głębokie wrażenie, które wywarły na nim te przeżycia – myśli o wielkiej głębi dla takiego małego dziecka.

„Z tego co czytałem i słyszałem, wierzę, że byli w ubiegłych wiekach ludzie, którzy chodzili w prawości przed Bogiem w stopniu przewyższającym wszystkich obecnie żyjących których znam i świadomość mniejszej duchowości oraz stałości wśród ludzi w tym wieku często mnie trapiła, kiedy byłem jeszcze dzieckiem.

Zanim miałem siedem lat, zacząłem poznawać działanie łaski Bożej. Poprzez starania rodziców nauczyłem się czytać tak wcześnie, jak tylko byłem do tego zdolny. Pamiętam, że idąc pewnego dnia ze szkoły, kiedy moi koledzy bawili się po drodze, oddaliłem się i siedząc, czytałem 22 rozdział księgi Objawienia: ‘I pokazał mi rzekę wody żywej, czystą jak kryształ, wypływającą z tronu Boga i Baranka’.

Czytając to, mój umysł był zachęcony do szukania tego czystego miejsca, które jak wierzyłem, Bóg przygotował dla Swoich sług. Miejsce, na którym wtedy siedziałem i słodycz, jaka napełniła mój umysł, pozostały na zawsze świeże w mojej pamięci. Te i podobne wspaniałe nawiedzenia miały taki wpływ na mnie, że kiedy chłopcy używali brzydkich słów, czułem się źle i przez nieustające miłosierdzie Boże zostałem zachowany od złego”.

Słowo „czysty” okazało się kluczem zasad postępowania w życiu Woolmana. Stało się miarą, którą mierzył wszystkie wierzenia, wszystkie zamierzone plany i decyzje oraz wszystkie relacje. Dla Woolmana określenie „czyste” obejmowało zamiłowanie do czystości, szczerość, prostotę, uczciwość i wiele więcej.

W wieku około 16 lat miłujący przyjemności koledzy chwilowo odwrócili tego młodzieńca od szukania Boga. Jego odpowiedź była najpierw niewinna, ale pycha pociągnęła go do tych, którzy śmiali się z jego przebiegłości i zachęcali go do zabaw i grzechu. Zaczął lubić takie towarzystwo i zabawiać się z nimi. To spowodowało potępienie i jego Ojciec Niebiański w Swojej miłości dopuścił na niego chorobę, która na pewien czas wywarła na nim uzdrawiający wpływ. Jednak stopniowo pragnienie ‘młodzieńczych rozkoszy spowodowało ponowne pójście za jego kolegami’ pomimo upomnień rodziców.

Minęły jeszcze dwa lata. Wierny „tropiciel z nieba” wytrwale tropił błądzącego wędrowca. Czuł się coraz bardziej osądzony, aż pewnego wieczora, po przeczytaniu książki bogobojnego autora, nastolatek ten zaczął modlić się szczerze o uwolnienie z pułapek życia. Nastał okres walki pomiędzy chwilowymi przyjemnościami i rozkoszami, a naśladowaniem krzyża Chrystusa. Szukając samotności John odkrywał tam przed Bogiem swoją strapioną duszę. Ponieważ był już tak poniżony, nie trzeba było długo czekać na Bożą pomoc, a uwolnienie od tych więzów rozradowało jego serce. Społeczność z podobnie wierzącymi chrześcijańskimi kwakrami w domu spotkań i zagłębienie się w skarby zawarte w książkach o głębokiej treści chrześcijańskiej zaspokoiło potrzeby jego nowego życia. Syn marnotrawny nie mógł nie mówić na temat swojego powrotu, więc dzieli się tym z nami poprzez swój pamiętnik.

„Zacząłem teraz poważnie przyglądać się temu, co mnie odciągnęło od czystej prawdy i stwierdziłem, że jeżeli chcę żyć tak, jak żyli wierni słudzy Boży, nie mogę przebywać w takim towarzystwie, jak przedtem, z własnej woli. Wszystkie moje pragnienia znalezienia sensu muszą być zgodne w Bożymi zasadami. W chwilach smutku i upokorzenia otrzymałem te instrukcje i odczuwałem moc Chrystusa zwyciężającą samolubne dążenia i tak zostałem zachowany w dobrym stopniu wytrwałości. Będąc młodym i wierząc w tym czasie, że dla mnie najlepiej pozostać samotnym, miałem siłę, by trzymać się z dala od takiego towarzystwa, które często było dla mnie pułapką”.

Zostawiając swoich rodziców na ich małej farmie, John przyjął posadę sprzedawcy i księgowego w małej firmie w Mt. Holly, oddalonym o około 5 mil. Ta praca zapewniała mu też mieszkanie w miejscu zatrudnienia. Jego dawni koledzy, widząc zmianę ich byłego przywódcy, po kilku próbach, przestali go odwiedzać. Jego szukanie Boga było silniejsze, co stwarzało w nim współczucie dla otaczającej go młodzieży i wzmożoną czułość na ten cichy głos wewnętrzny, który teraz słyszał często.

Pewnego dnia na spotkaniu kwakrów czuł potrzebę przemówienia, ale później uświadomił sobie, że w swoim cielesnym zapale powiedział więcej, niż było zamierzone przez niebiańskiego Mistrza. To skłoniło go do sprawdzania swojego serca. Sześć tygodni później nadeszła następna możliwość i tym razem miał pokój, wypowiadając kilka słów z natchnienia Bożego. Tak więc nasz młody chrześcijanin „wzrastał w łasce i poznaniu”. Od młodego wieku rozwijał wrażliwość na to, co naprawdę podobało się Bogu.

Droga prostego posłuszeństwa była kosztowna, lecz błogosławiona. Widząc nieporządek w pobliskim domu zgromadzeń publicznych John Woolman czuł potrzebę rozmowy z jego właścicielem. Wymówki w rodzaju, że starsi „przyjaciele” też o tym wiedzieli, ale siedzieli cicho, nie przyniosły mu ulgi. Spotykając właściciela samego, podszedł i chociaż był dużo młodszy niż tamten, napomniał go. Uwaga została grzecznie przyjęta. John był wdzięczny za daną mu odwagę, gdyż nieco później dowiedział się, że ten karczmarz nagle zmarł.

Ostry kurs boskiej dyscypliny został jeszcze umocniony, kiedy jego pracodawca prosił go o wypisanie rachunku za kobietę murzyńską w obecności jej nabywcy. Zmusił siebie samego, by to wykonać, ale zaprotestował do obydwóch, że jest to wbrew jego sumieniu, by mieć cokolwiek wspólnego z niewolnictwem. Na próżno starał się zagłuszyć wewnętrzny głos, tłumacząc sobie, że jeden z tych ludzi był przecież jego pracodawcą, a nabywca niewolnicy starszym chrześcijaninem z wyznania kwakrów. Nigdy potem nie mógł się z tym pogodzić.

Nieco później, będąc proszony o spisanie testamentu dla pewnego chrześcijanina, który uległ wypadkowi, John przerwał, kiedy zobaczył, że jedną z pozycji było przekazanie murzyna jednemu z dzieci. Tym razem protest odniósł skutek i zgodzono się, że ten niewolnik zostanie uwolniony.

Przekonanie odnośnie tej „plagi” kontynentu północnoamerykańskiego, a szczególnie, jeżeli dotyczyło to „przyjaciół”, stało się obsesją tego młodego kwakra. W wyniku tego, wraz z głoszeniem poselstwa Ewangelii, Woolman czuł coraz mocniejsze powołanie od Boga, by rozprawiać się z tym w duchu miłości, ale stanowczo i zazwyczaj osobiście, jeżeli „przyjaciele” byli właścicielami niewolników.

Widać z tego, że poselstwem jego był „antagonizm pomiędzy niewolnictwem i prawdziwym chrześcijaństwem”. Wysiłki przyniosły wiele owocu; w przeciągu dwóch lat od śmierci Johna Wolmana „Towarzystwo Przyjaciół” zajęło jasne i bezkompromisowe stanowisko względem tego okrutnego zła. Stali się kręgosłupem ruchu abolicyjnego w Ameryce Północnej i głównymi agentami „kolei podziemnej”, która pomagała murzynom w ucieczce do wolności w Kanadzie.

Kiedy weźmiemy pod uwagę, że w wyniku posłuszeństwa Bożemu głosowi taka zmiana nastąpiła dziewiętnaście lat przed abolicją niewolnictwa i to dopiero po przelaniu morza krwi w wojnie domowej, nie możemy oprzeć się wrażeniu, że inni chrześcijanie świadomie zawiedli Boga w swoich kręgach wpływów.

John Woolman odwiedzał zbór za zborem, w których przedstawiał kwestię niewolnictwa i przekonywał „przyjaciół”. Został określony przy pewnej okazji tak: „Obecny był oczywiście John Wolman – człowiek pokorny i biedny zewnętrznie, jego prosty ubiór z niebarwionego płótna domowej roboty kontrastował mocno z prostym, lecz bogatym wyglądem przedstawicieli kupców miejskich i wielkich plantatorów, którzy posiadali niewolników w tym kraju” Ten prosty kwakier powstał i przemówił:


dalej